Tak, oczywiście że warto było.

Kategoria: Sama nie wiem, Skądinąd, Zdjęcia, autor: evva
14.07.2011

Jeśli ktoś z wytrwałych czytelników blogusia liczył na jakąś relację równie barwną i zakończoną równe spektakularną deklaracją, co ta o San Francisco, to się niestety przeliczył. Większość osób pytanych o wrażenia z miasta Nowy Jork odpowiada, że ono nie ma zachwycać, ono ma oszałamiać, nokautować, przerażać i zwalać z nóg. I to się mniej więcej zgadza.

Mam więc za sobą tydzień przemierzania kilometrów w tłumie, w dziewięćdziesięciostopniowym upale (owszem, nauczyłam się przeliczać Fahrenheity na Celsjusze i z powrotem), z głową zadartą do góry. Mam kilkadziesiąt fotek na fejsbuku (i jeszcze tutaj też), mam trochę nowych ciuchów i książek, mam zaliczony show na Broadwayu, mam przesyt i niedosyt jednocześnie, mam satysfakcję, że Nowy Jork mnie nie pożarł, choć chciał (tak, wiem, tak naprawdę to było mu totalnie wszystko jedno).

I nadal nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.

New York

Ale jak się w komciach zrobi flejm o wychowaniu, to udam, że nie zauważyłam.

Kategoria: Budyń, Sama nie wiem, autor: evva
7.06.2011

Nie wiem, czy wiecie, ale mamy takie trochę dziwne dziecko. W sumie nawet pod wieloma względami dziwne, ale tym razem chodzi o to, że uwielbiało dentystę. Różowe plomby z brokatem, truskawkowa pianka do fluoryzacji, te sprawy.

Pani dentystka, do której chodziliśmy z Asią, też była dziwna, bo nie pozwalała w gabinecie używać słowa „BÓL” (i, mimo różnicy wieku sugerującej zdecydowanie relację, jak już, to odwrotną, zwracała się do mnie per „mama”, as in „co ty mama opowiadasz”; ale to w sumie uznawałam za drobiazg, dopóki sprawnie ładowała te różowe plomby we właściwe miejsca).

Aż nadszedł Czas Wypadania Zębów Mlecznych.

I kiedy za lewą dolną jedynką Joanny pojawiła się druga, całkiem okazała dolna lewa jedynka, postanowiliśmy przedsięwziąć kroki.

Pani dentystka zapowiedziała Joannie, że „nic nie poczuje” i że „nie będzie żadnej krwi” (o dziwo, słowa „KREW” można najwyraźniej używać, w krytycznych przypadkach).

Oczywiście, że Joanna POCZUŁA i że BYŁA KREW. Malutko, ale zawsze. A temat uzębienia wywołuje teraz dzikie histerie połączone z rozpaczliwym szlochem, drgawkami i chowaniem się pod ławkę w łazience (wierzcie mi, to jest raczej słabe, jak się Wasze własne dziecko chowa przed Wami pod ławkę w łazience).

Bo oczywiście słowa mają moc zmieniania rzeczywistości, więc niegłupiej, myślącej i z natury spokojnej sześciolatce nie można powiedzieć po prostu prawdy. Na przykład że wyrywanie zęba nie jest przyjemne, ale konieczne, i że powstała w ten sposób ranka zagoi się w ciągu góra pół dnia.

Zębów mlecznych jest w dziecięcej szczęce, o ile dobrze kojarzę, 20 sztuk. To znaczy przepraszam, w sumie już tylko 18, bo jeden został wyrwany w okolicznościach jak wyżej, a drugi po miesiącu dyndania przed stałym sam wypadł wskutek uderzenia o deskę („Jak to, jaką deskę, mamo? Taką gumową, do pływania”).

W sumie nie wiem, co dokładnie mam ochotę zrobić pani doktor. Ale mogę zagwarantować, że nic by nie poczuła i że wcale by nie krwawiło.

Zatem, drodzy rodzice, pani dentystka Ewa Hałupka-Michalska z wrocławskiego Evadentu to nie jest stomatolog dziecięcy (o sorry, PEDODONTA), do którego chcecie prowadzać dzieci. Choć kolorów plomb jest z osiem do wyboru.

Idzie, idzie!

Kategoria: Jakoś żyję, Zdjęcia, autor: evva
20.02.2011

(Tak, wiem, jest obecnie minus dziewięć i pada śnieg. Jednakowoż.)

Jest nadzieja.

All the leaves are brown and the sky is grey

Kategoria: Jakoś żyję, Skądinąd, autor: evva
1.02.2011

Coś w mojej twarzy lub obejściu głośno woła, że jestem skądinąd, więc amerykańskie stewardessy mówią do mnie po niemiecku, a niemieckie szkolnym angielskim, wot wud ju lajk tu drink, miz, noch ein Glas Rotwein, bitte. Dziesięć godzin na dziesięciu tysiącach metrów, za małym podwójnym okienkiem ciągle zachód słońca, tracimy orientację, która jest godzina i gdzie, w sumie może to lepiej.

Ostatni wychodzimy z hali przylotów, nasze walizki samotnie kręcą się na bagażowej karuzelce, J. czeka ubrany tylko w t-shirt, więc upycham w podręcznej torbie szydełkowy wełniany szal i sztruksowy płaszczyk. Wszystko jest jasne, czyste i wielkie, samochody, okna, domy, butelki z colą i jednoosobowa porcja pizzy. Mój ćwiczony na Wyspie język obcy tu wywołuje na twarzach życzliwe WTF, do końca pobytu usiłuję — z marnym skutkiem — sformułować uśmiechnięte kejliforrrnia i nie wydobywać samogłosek spod tylnego podniebienia, nic z tego, jestem z skądinąd, przecież.

Oszałamia nas słońce, temperatura, morze, wiatr i dym z marihuany, jest naprawdę jak w filmach i to nie jest scenografia. Rozluźniamy zaciśnięte szczęki i pośladki, drugiego dnia umiem już nawet rozmawiać z konduktorem kolejki i wiem od razu, że jeśli ktoś się przygląda mojej torebce, to tylko po to, żeby zapytać, skąd ją mam, slon tor-bal-sky, thanks a lot, I will google it. Pełna demokracja w architekturze i estetyce, victoriana, mexicana, kamień, metal, szkło, francuskie chalety, pastelowe kamieniczki i nowiutkie gotyckie kościoły z szarego betonu, Dziki Zachód, secesja, neony i graffiti, nie wiem, czy bardziej mnie to fascynuje, zachwyca czy przeraża, neoeklektyzm i postpostmodernizm w jednym.

Odkrywamy, jak powinny smakować sushi, czerwone pomarańcze, truskawki i awokado; moja kolekcja designerskich kiecek zwiększa się o nieskończoność, więc przy czterocalowych szpilkach od Korsa staram się za wszelką cenę zachować zdrowy rozsądek; będę tego żałować przez resztę życia, albo przynajmniej do następnego razu.

Kwitną kamelie, magnolie i japońskie wiśnie, nasturcje i bluszcze mają liście wielkości dwóch złożonych dłoni. Myślę o naszym ogrodzie w Ch. i o brzózkach, które nam zmarzły zeszłej zimy; przecież wiem, że tak naprawdę mocno się zakorzeniam i jestem stamtąd, a nie stąd, ale kiedy E. drukuje mi ofertę pracy z sąsiedniego działu, uważnie czytam wymagania i obowiązki i przez abstrakcyjnie przyjemną chwilę zupełnie serio rozważam, co by, gdyby. Następnego dnia tak zupełnie nie à propos zwiedzamy Stanford i kampus firmy z jabłkiem, potem jak prawdziwy geek z Europy fotografuję się z gigantycznym plastikowym droidem i cały czas nie do końca wierzę, że to wszystko jest teraz i na serio.

I dobrze wiem, że bliźni tkwiący w samym środku polskiej zimy nie polubią mnie od tego bardziej, ale nie mogę się powstrzymać i wrzucam na blipa i fejsbuka zdjęcia nieba, miasta, świateł, wina i truskawek. I w końcu robię pierwsze od lat postanowienie noworoczne, od teraz każdej zimy chcę spędzać miesiąc w Kalifornii, i mam świadomość, jakie to jest fanaberyjne, burżujskie i wdupiejejsiępoprzewracało, ale I mean it.

J. i E. — dziękujemy. Bez Was nie byłoby TAK.

Dzień jak co dzień. A.k.a. #zinboksa

Kategoria: Jakoś żyję, Praca, Sama nie wiem, autor: evva
12.01.2011

Jeżeli chodzi o wszelkie podobieństwa do rzeczywistych osób i firm: jeśli się takowe skojarzenia komuś nasuwają, to prawdopodobnie słusznie.

9:45 Projekt jest super, jeszcze go tylko dla formalności wyślemy do zatwierdzenia do prezesa. TO MUSI WYJŚĆ DZIŚ DO DRUKU, bo czas realizacji to 14 dni roboczych, a promocja ma ruszyć jeszcze w tym miesiącu!
15:37 Po konsultacjach z działem sprzedaży wprowadzamy zmiany do projektu, chodzi o to, żeby dać duży, wyraźny, krzyczący napis GRATIS i ODBIERZ PREZENT (czerwień). Żeby był jasny przekaz.
15:43 Napis większy, pogrubiony. I może zrób jeszcze wersję w kontrze i z pomarańczowym.
15:44 Nie z pomarańczowym, z niebieskim.
15:45 Zrób dwie, z pomarańczowym i z niebieskim. I może jeszcze z szarym?
15:51 Tego szarego w ogóle nie widać. A pomarańczowego nigdzie nie używamy. Wracamy do czerwonego. W kontrze i boldem.
16:03 Ok, tylko trochę większy ten napis.
16:08 Jeszcze większy, może zmniejsz interlinię i zdjęcie produktu?
16:08 I zrób wersję z napisem drukowanymi literami.
16:09 I WIĘKSZE LOGO!
16:15 Za dużo się tu dzieje. Logo powinno mieć jakieś pole ochronne.
16:17 Aha, produktu w ogóle nie widać. To ma sprzedawać, musi być widoczne!!
16:21 I usuń te napisy „gratis”.
16:22 Tak, te, co miały być wyraźne, czerwone i krzyczące, dokładnie.
16:58 No, w sumie może być. To co, dasz radę to przygotować do druku? TO MUSI WYJŚĆ DZISIAJ!!!!

Zaplanowałam jakiś fajny cytat na tytuł, ale zapomniałam.

Kategoria: Jakoś żyję, autor: evva
8.09.2010

Drogi pamiętniczku, strasznie Cię zaniedbałam ostatnio, ale być może pocieszy Cię fakt, że nie tylko Ciebie, bo i innych także, i siebie, wiesz przecież, że mam odwieczny problem z priorytetami.

Co tam u mnie więc. Ćwiczę się w szlachetnej sztuce nicnierobienia sobie z, powtarzam jak mantrę, ja jestem dorosła, wy jesteście dorośli, oni są dorośli. Działa jak większość mantr, to znaczy chyba i czasem, ale przynajmniej nie szkodzi, czego wszak nie mogę powiedzieć o wielu innych rzeczach, które przedsiębieramy w życiu w dobrej wierze i w nadziei na.

No i tak to.

Poza tym to psa przygarnęliśmy i odkryłam miejsce, w którym chcę spędzać wakacje co roku. A w każdym razie na pewno jeszcze z raz.

To trzymaj się jakoś i do napisania.
Love.

Pierwszy maja.

Kategoria: Jakoś żyję, Sama nie wiem, autor: evva
4.05.2010

Wszędzie mokro i zielono, przeczekuję atak grafomanii, dusi mnie od środka i świerzbi w opuszkach palców, cicho, idiotko, napij się lepiej wina.

Po kolejnym kieliszku ktoś niby żartem zadaje pytanie, a może, a ja całkiem serio rozważam, czy może jednak.

Przeżyłam już jakoś połowę swojego życia i nadal nie bardzo wiem, o co w nim chodzi.

Tak, wiem, musimy popracować nad ortografią ;)

Kategoria: Budyń, Zdjęcia, autor: evva
9.03.2010


Asia pisze

Dla tych, co nie mają konta na fejsbuku…

Kategoria: Zdjęcia, Zwierzaki, Śmieci z sieci, autor: evva
7.03.2010

…bo ci, co mają, to już widzieli. #pokakota.
Więcej kontentu kiedyś później (myślę sobie, że ta zima kiedyś musi minąć).


Why witches only hang out with black cats

Przedwiośnie

Kategoria: Jakoś żyję, autor: evva
18.02.2010

Bujam się w chemicznie indukowanej łagodności, tam, gdzie kiedyś krew, pot i łzy, teraz tylko półuśmiech, gładkie wzruszenie ramionami.
Rokowania niejasne, jak w życiu.

Śnieg zsuwa się z dachu z wielkim łomotem, chciałabym wierzyć, że to już, że koniec ciemności i zimna. I chciałabym wierzyć, że to, co na zewnątrz, nie musi warunkować tego, co w środku.

Chciałabym też, jak inne, móc napisać, że na nogi stawia mnie „mamo” i kolorowane kredkami zwierzątka, ale to, w najlepszym wypadku, jedynie nie daje mi utonąć.

Zjadają mnie konteksty.