In wine we trust

Kategoria: Jakoś żyję, Sama nie wiem; autor: evva
12.04.2013

Dziś pojedziemy trochę amerykańskim poradnikiem i zrobimy proste ćwiczenie.

Bierzemy kartkę papieru i dzielimy ją na dwie części. Może być grubą kreską. W części lewej wpisujemy to, co uważamy za naprawdę ważne, czyli w moim przypadku rzeczy i sprawy takie jak rodzina, znajomi, szczęście, harmonia, życie w zgodzie ze sobą, wieczna młodość i uroda. Proste. W części prawej — to, na co poświęcamy najwięcej czasu. Ja wpisuję więc na przykład tłumaczenie korpobełkotu na akord, ogarnianie chaosu, kopanie się z rzeczywistością, siedzenie na fejsie i pielęgnowanie weltszmerca spowodowanego tym, że chciałabym jednocześnie mieć ciastko, zjeść ciastko i jeszcze dostać czekoladę. I najlepiej flaszkę przyzwoitego caberneta do popicia.

Teraz patrzymy na kartkę i wyciągamy wnioski. Gdyby to był prawdziwy amerykański poradnik, w tym miejscu następowałaby przystępna instrukcja, jak w siedmiu prostych krokach sprawić, aby prawa strona kartki zaczęła przypominać lewą. Niestety jednak nie jest, więc możemy jedynie potłuc głową o blat biurka. I ewentualnie natrąbić się cabernetem, gdyż na szczęście dzięki cabernetowi większość dysonansów staje się przynajmniej chwilowo łatwiejsza do zniesienia.

Udostępnij


In wine we trust - Jedna odpowiedź

  1. JoP pisze:

    Zapewne nie napiszę niczego odkrywczego ani specjalnie pocieszającego, ale wszyscy tak mają i jak ktoś twierdzi, że nie ma, to albo łże dla lansu, albo stosuje mechanizm wyparcia.

    No dobra: prawie wszyscy. Znam osoby, które nie. Ale wcale im tego nie zazdroszczę, bo jakoś dziwnie tak się składa, że np. możliwość pięknoduchowego zajmowania się charytatywnie tym, co się naprawdę lubi generuje koszt w innym miejscu. Na przykład taki, że płaci za to kto inny i w każdej chwili może przestać.

Odpowiedz

 

Nawigacja: