» 2011 » February

Archiwum - February 2011

Idzie, idzie!

Kategoria: Jakoś żyję, Zdjęcia; autor: evva
20.02.2011

(Tak, wiem, jest obecnie minus dziewięć i pada śnieg. Jednakowoż.)

Jest nadzieja.

All the leaves are brown and the sky is grey

Kategoria: Jakoś żyję, Skądinąd; autor: evva
1.02.2011

Coś w mojej twarzy lub obejściu głośno woła, że jestem skądinąd, więc amerykańskie stewardessy mówią do mnie po niemiecku, a niemieckie szkolnym angielskim, wot wud ju lajk tu drink, miz, noch ein Glas Rotwein, bitte. Dziesięć godzin na dziesięciu tysiącach metrów, za małym podwójnym okienkiem ciągle zachód słońca, tracimy orientację, która jest godzina i gdzie, w sumie może to lepiej.

Ostatni wychodzimy z hali przylotów, nasze walizki samotnie kręcą się na bagażowej karuzelce, J. czeka ubrany tylko w t-shirt, więc upycham w podręcznej torbie szydełkowy wełniany szal i sztruksowy płaszczyk. Wszystko jest jasne, czyste i wielkie, samochody, okna, domy, butelki z colą i jednoosobowa porcja pizzy. Mój ćwiczony na Wyspie język obcy tu wywołuje na twarzach życzliwe WTF, do końca pobytu usiłuję — z marnym skutkiem — sformułować uśmiechnięte kejliforrrnia i nie wydobywać samogłosek spod tylnego podniebienia, nic z tego, jestem z skądinąd, przecież.

Oszałamia nas słońce, temperatura, morze, wiatr i dym z marihuany, jest naprawdę jak w filmach i to nie jest scenografia. Rozluźniamy zaciśnięte szczęki i pośladki, drugiego dnia umiem już nawet rozmawiać z konduktorem kolejki i wiem od razu, że jeśli ktoś się przygląda mojej torebce, to tylko po to, żeby zapytać, skąd ją mam, slon tor-bal-sky, thanks a lot, I will google it. Pełna demokracja w architekturze i estetyce, victoriana, mexicana, kamień, metal, szkło, francuskie chalety, pastelowe kamieniczki i nowiutkie gotyckie kościoły z szarego betonu, Dziki Zachód, secesja, neony i graffiti, nie wiem, czy bardziej mnie to fascynuje, zachwyca czy przeraża, neoeklektyzm i postpostmodernizm w jednym.

Odkrywamy, jak powinny smakować sushi, czerwone pomarańcze, truskawki i awokado; moja kolekcja designerskich kiecek zwiększa się o nieskończoność, więc przy czterocalowych szpilkach od Korsa staram się za wszelką cenę zachować zdrowy rozsądek; będę tego żałować przez resztę życia, albo przynajmniej do następnego razu.

Kwitną kamelie, magnolie i japońskie wiśnie, nasturcje i bluszcze mają liście wielkości dwóch złożonych dłoni. Myślę o naszym ogrodzie w Ch. i o brzózkach, które nam zmarzły zeszłej zimy; przecież wiem, że tak naprawdę mocno się zakorzeniam i jestem stamtąd, a nie stąd, ale kiedy E. drukuje mi ofertę pracy z sąsiedniego działu, uważnie czytam wymagania i obowiązki i przez abstrakcyjnie przyjemną chwilę zupełnie serio rozważam, co by, gdyby. Następnego dnia tak zupełnie nie à propos zwiedzamy Stanford i kampus firmy z jabłkiem, potem jak prawdziwy geek z Europy fotografuję się z gigantycznym plastikowym droidem i cały czas nie do końca wierzę, że to wszystko jest teraz i na serio.

I dobrze wiem, że bliźni tkwiący w samym środku polskiej zimy nie polubią mnie od tego bardziej, ale nie mogę się powstrzymać i wrzucam na blipa i fejsbuka zdjęcia nieba, miasta, świateł, wina i truskawek. I w końcu robię pierwsze od lat postanowienie noworoczne, od teraz każdej zimy chcę spędzać miesiąc w Kalifornii, i mam świadomość, jakie to jest fanaberyjne, burżujskie i wdupiejejsiępoprzewracało, ale I mean it.

J. i E. — dziękujemy. Bez Was nie byłoby TAK.