» Sama nie wiem

Archiwum kategorii Sama nie wiem

TL;DR: autorka jest sfrustrowana tym, że świat nie jest doskonały, zasoby są ograniczone a ludzie bezmyślni.

Kategoria: Jakoś żyję, Praca, Sama nie wiem, Zwierzaki; autor: evva
19.02.2014

Rzadko tu piszę cokolwiek, a już o pracy nie wspominam prawie nigdy. Ale właśnie mi się zebrało aż tak, że musi się ulać.

Zapowiedziałam już na fejsbuku, że

jak będę duża, to napiszę monografię pt. „Dlaczego lokalizacja oprogramowania nie polega na wyciągnięciu z kodu wszystkich trzystu tysięcy stringów, wklejeniu ich do Excela, posortowaniu alfabetycznie, wycięciu duplikatów i wysłaniu do tłumacza bez podania nazwy i przeznaczenia lokalizowanego narzędzia”.

[Disclaimer dla nienerdów: stringi słusznie kojarzą się Wam z bielizną damską (dziękuję, preferuję szorty biodrówki), ale tu chodzi po prostu o składające się na interfejs programu ciągi znaków, zwane również łańcuchami, pozdrowienia dla pana Płoskiego].

Nie wiem, czy już jestem wystarczająco duża, ale nadal dobrze pamiętam pierwszy duży projekt lokalizacyjny, przy którym pracowałam, było to grube kilkanaście lat temu i polegało właśnie na tłumaczeniu stringów, tyle że z takim jeszcze zabawnym ograniczeniem, że tłumaczenie nie mogło być dłuższe od oryginału. Nazwę firmy i produktu pominę, ale jak ktoś trafił kiedyś na system, w którym okienka zamykało się przyciskiem „Wyj.”, to wie. I zapewne wył — jako i ja wyłam.

Wydawałoby się jednak, że wspomniane grube kilkanaście lat to sporo i wiele się w tym czasie w metodologii software developmentu zmieniło. W tłumaczeniach zmieniło się na pewno, mamy koty, google translate i tłumaczenia maszynowe, big data i dyskusje o tym, kiedy maszyna zastąpi człowieka i dlaczego (nie) musimy się tego bać. Ale metoda z obrabianiem listy stringów w Excelu trzyma się mocno.

Nie, oczywiście że nie wszędzie. Różne firmy z różnym powodzeniem powdrażały różne narzędzia, które (w zamierzeniu, a czasem i w praktyce też) mogą naprawdę ogromnie ułatwić lokalizację. Zdarza się nawet, że tłumacz może sobie tłumaczonego oprogramowania naprawdę poużywać. Zdarza się też, że robi się rzetelną kontrolę jakości tłumaczenia (o czym może przy innej okazji) i korektę finalnego produktu (że czasem polega to na malowaniu po zrzutach ekranu? No doprawdy, nie bądźmy drobiazgowi). Ale równie często zdarza się, że nie. Po prostu nie.

Dlaczego to jest złe? Trzy powody: kontekst, kontekst, kontekst. I czwarty: fleksja. I piąty, który został już po mistrzowsku omówiony tu:
your $variable will not work in Polish (no, it really won’t).

Ripley The Cat

Angielski jest prosty. Na lewo, do lewej, po lewej, lewy, lewa, lewe, lewej, lewemu, lewym, lewych, wyszedł, porzuciła i jeszcze do tego pozostało — wszystko da się poprawnie wyrazić jednym słowem: left. W drugą stronę to niestety nie działa i żeby przetłumaczyć to left dobrze, naprawdę muszę zobaczyć, gdzie się znajduje na ekranie i do czego służy. Tak samo jest z right (wyrównaj do prawej? przepis prawa? uprawnienie użytkownika? dobrze, masz rację?) i setkami innych słów, które się w interfejsie przeciętnego programu pojawiają wiele, wiele razy. Tak, może się tak zdarzyć, że na dziesięć wystąpień słowa access każde będzie trzeba przetłumaczyć inaczej. I to nie będzie błąd ani nawet rażące niezachowanie spójności terminologii. Że się nie da, bo przed wysłaniem tabelki do tłumacza wycięto z niej duplikaty? Ojej.

Polski nie jest prosty. Mamy na przykład śmieszne zasady dotyczące liczebników i rzeczowników. Każdy z nich może mieć mniej więcej $number wariant(-y/-ów), gdzie $number jest dowolną liczbą całkowitą. To ile osób skomentował(-a/-y/-o) Twój ostatni post?

Polski nie jest prosty. Mamy siedem przypadków, z których co najmniej sześciu używamy na co dzień (wołaczu, nie wymieraj!). Mamy dwie liczby, trzy rodzaje i ładnych kilka wariantów deklinacji. Plus wyjątki. Nie ma takiej siły, żeby dało się te wszystkie możliwe formy opędzić jednym $adjective $noun(s).

Polski nie jest prosty. Każdy czasownik rządzi swoim dopełnieniem bliższym i dalszym, a robi to w sposób autokratyczny i fanaberyjny. Próba ułatwiania sobie życia przez konstrukcje w rodzaju Send file to $device, gdzie $device = (disk,memory,email client,webpage,calendar,trash,whatever), to przepis na (wcale nie piękną) katastrofę.

Ale oczywiście, czasy są ciężkie, dedlajny napięte, żyć trzeba a Klient(-ka) nasz(-a) pan(-i). Nawet jak jest niewychowywalny, nawala u niego myślenie, czytanie ze zrozumieniem i komunikacja a jeszcze wczoraj myślał, że inflection to nazwa choroby skóry.

Reasumując, drogi czytelniku: jeśli następnym razem zobaczysz, że apka na Twoim smartfonie mówi do Ciebie słuchać! albo przeczytasz coś o latających daktylach i o tym, że w Morzu Północnym żyją ryby, delfiny i uszczelniacze, pomyśl sobie o tym nieszczęsnym tłumaczu, który kopał się z tabelką w Excelu jak z koniem. I być może nawet miał dość czasu i siły, żeby zapytać o to, w jakim kontekście występuje to listen albo seal, jaka to jest część mowy i w którym miejscu na ekranie się pojawia, ale w odpowiedzi na to pytanie — i szereg innych podobnych — dostał jedynie poradę please tlanslate litelally lub, jeszcze lepiej, OK. Albo, nader powszechna praktyka, w ogóle nic.

I jeszcze na deser plotka-anegdotka o tym, jak w pewnej korporacji wymyślono, żeby lokalizować produkty za pomocą narzędzia, które pozwoli tłumaczom na bieżąco podglądać kontekst produkowanego właśnie tłumaczenia. I projekt został uwalony z powodu „braku wartości biznesowej”.

Pewnie, że to nie ma wartości biznesowej. Łatwiej zlecić tłumaczenie tabelki z Excela, potem wygenerować z tego zlokalizowaną wersję interfejsu i dać do sprawdzenia wewnętrznie jakiemuś pseudonatiwowi biorącemu 8 złotych za godzinę, który stwierdzi oczywiście, że wyszły bzdury (gdyż, jak powszechnie wiadomo, jak dasz śmieci, nie dostaniesz mahoniu, diamentów ani długo dojrzewającego parmezanu). Zareklamować więc jakość w biurze tłumaczeń i zapłacić dwie trzecie wcześniej uzgodnionej kwoty, zlecić poprawę największych baboli wspomnianemu pseudonatiwowi i w końcu wypuścić produkt na rynek. I będzie dobrze i tanio i wszyscy będą zadowoleni, a te tłumacze to, proszę panią, niekompetentne barany są i w ogóle to przesąd, że się nie pisze 27 luty, posiadać duże znaczenie ani użyj tą funkcjonalność.

In wine we trust

Kategoria: Jakoś żyję, Sama nie wiem; autor: evva
12.04.2013

Dziś pojedziemy trochę amerykańskim poradnikiem i zrobimy proste ćwiczenie.

Bierzemy kartkę papieru i dzielimy ją na dwie części. Może być grubą kreską. W części lewej wpisujemy to, co uważamy za naprawdę ważne, czyli w moim przypadku rzeczy i sprawy takie jak rodzina, znajomi, szczęście, harmonia, życie w zgodzie ze sobą, wieczna młodość i uroda. Proste. W części prawej — to, na co poświęcamy najwięcej czasu. Ja wpisuję więc na przykład tłumaczenie korpobełkotu na akord, ogarnianie chaosu, kopanie się z rzeczywistością, siedzenie na fejsie i pielęgnowanie weltszmerca spowodowanego tym, że chciałabym jednocześnie mieć ciastko, zjeść ciastko i jeszcze dostać czekoladę. I najlepiej flaszkę przyzwoitego caberneta do popicia.

Teraz patrzymy na kartkę i wyciągamy wnioski. Gdyby to był prawdziwy amerykański poradnik, w tym miejscu następowałaby przystępna instrukcja, jak w siedmiu prostych krokach sprawić, aby prawa strona kartki zaczęła przypominać lewą. Niestety jednak nie jest, więc możemy jedynie potłuc głową o blat biurka. I ewentualnie natrąbić się cabernetem, gdyż na szczęście dzięki cabernetowi większość dysonansów staje się przynajmniej chwilowo łatwiejsza do zniesienia.

Więc

Kategoria: Jakoś żyję, Sama nie wiem, Skądinąd, Zdjęcia; autor: evva
14.03.2012

Od jakiegoś czasu nie ma chyba dnia, żebym nie myślała o życiu TAM. I oczywiście wiem, że rodzina, bliźni, dom, kredyt, korzenie, że nie nadaję się do emigracji, że na dwa lata przed czterdziestką nie zaczyna się życia od nowa, że tam jest tylko pozornie łatwiej i że kariera w Dolinie niekoniecznie jest najlepszym pomysłem, jeśli głównym zawodowym marzeniem jest święty spokój i proper work-life balance.

I że to tylko ciemność, pieprzona półroczna zima i za dużo wszystkiego niedobrego. I że wiosna już, już.

California dreaming

Ale nie ma dnia, żebym nie myślała.

Tak, oczywiście że warto było.

Kategoria: Sama nie wiem, Skądinąd, Zdjęcia; autor: evva
14.07.2011

Jeśli ktoś z wytrwałych czytelników blogusia liczył na jakąś relację równie barwną i zakończoną równe spektakularną deklaracją, co ta o San Francisco, to się niestety przeliczył. Większość osób pytanych o wrażenia z miasta Nowy Jork odpowiada, że ono nie ma zachwycać, ono ma oszałamiać, nokautować, przerażać i zwalać z nóg. I to się mniej więcej zgadza.

Mam więc za sobą tydzień przemierzania kilometrów w tłumie, w dziewięćdziesięciostopniowym upale (owszem, nauczyłam się przeliczać Fahrenheity na Celsjusze i z powrotem), z głową zadartą do góry. Mam kilkadziesiąt fotek na fejsbuku (i jeszcze tutaj też), mam trochę nowych ciuchów i książek, mam zaliczony show na Broadwayu, mam przesyt i niedosyt jednocześnie, mam satysfakcję, że Nowy Jork mnie nie pożarł, choć chciał (tak, wiem, tak naprawdę to było mu totalnie wszystko jedno).

I nadal nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.

New York

Ale jak się w komciach zrobi flejm o wychowaniu, to udam, że nie zauważyłam.

Kategoria: Budyń, Sama nie wiem; autor: evva
7.06.2011

Nie wiem, czy wiecie, ale mamy takie trochę dziwne dziecko. W sumie nawet pod wieloma względami dziwne, ale tym razem chodzi o to, że uwielbiało dentystę. Różowe plomby z brokatem, truskawkowa pianka do fluoryzacji, te sprawy.

Pani dentystka, do której chodziliśmy z Asią, też była dziwna, bo nie pozwalała w gabinecie używać słowa „BÓL” (i, mimo różnicy wieku sugerującej zdecydowanie relację, jak już, to odwrotną, zwracała się do mnie per „mama”, as in „co ty mama opowiadasz”; ale to w sumie uznawałam za drobiazg, dopóki sprawnie ładowała te różowe plomby we właściwe miejsca).

Aż nadszedł Czas Wypadania Zębów Mlecznych.

I kiedy za lewą dolną jedynką Joanny pojawiła się druga, całkiem okazała dolna lewa jedynka, postanowiliśmy przedsięwziąć kroki.

Pani dentystka zapowiedziała Joannie, że „nic nie poczuje” i że „nie będzie żadnej krwi” (o dziwo, słowa „KREW” można najwyraźniej używać, w krytycznych przypadkach).

Oczywiście, że Joanna POCZUŁA i że BYŁA KREW. Malutko, ale zawsze. A temat uzębienia wywołuje teraz dzikie histerie połączone z rozpaczliwym szlochem, drgawkami i chowaniem się pod ławkę w łazience (wierzcie mi, to jest raczej słabe, jak się Wasze własne dziecko chowa przed Wami pod ławkę w łazience).

Bo oczywiście słowa mają moc zmieniania rzeczywistości, więc niegłupiej, myślącej i z natury spokojnej sześciolatce nie można powiedzieć po prostu prawdy. Na przykład że wyrywanie zęba nie jest przyjemne, ale konieczne, i że powstała w ten sposób ranka zagoi się w ciągu góra pół dnia.

Zębów mlecznych jest w dziecięcej szczęce, o ile dobrze kojarzę, 20 sztuk. To znaczy przepraszam, w sumie już tylko 18, bo jeden został wyrwany w okolicznościach jak wyżej, a drugi po miesiącu dyndania przed stałym sam wypadł wskutek uderzenia o deskę („Jak to, jaką deskę, mamo? Taką gumową, do pływania”).

W sumie nie wiem, co dokładnie mam ochotę zrobić pani doktor. Ale mogę zagwarantować, że nic by nie poczuła i że wcale by nie krwawiło.

Zatem, drodzy rodzice, pani dentystka Ewa Hałupka-Michalska z wrocławskiego Evadentu to nie jest stomatolog dziecięcy (o sorry, PEDODONTA), do którego chcecie prowadzać dzieci. Choć kolorów plomb jest z osiem do wyboru.

Dzień jak co dzień. A.k.a. #zinboksa

Kategoria: Jakoś żyję, Praca, Sama nie wiem; autor: evva
12.01.2011

Jeżeli chodzi o wszelkie podobieństwa do rzeczywistych osób i firm: jeśli się takowe skojarzenia komuś nasuwają, to prawdopodobnie słusznie.

9:45 Projekt jest super, jeszcze go tylko dla formalności wyślemy do zatwierdzenia do prezesa. TO MUSI WYJŚĆ DZIŚ DO DRUKU, bo czas realizacji to 14 dni roboczych, a promocja ma ruszyć jeszcze w tym miesiącu!
15:37 Po konsultacjach z działem sprzedaży wprowadzamy zmiany do projektu, chodzi o to, żeby dać duży, wyraźny, krzyczący napis GRATIS i ODBIERZ PREZENT (czerwień). Żeby był jasny przekaz.
15:43 Napis większy, pogrubiony. I może zrób jeszcze wersję w kontrze i z pomarańczowym.
15:44 Nie z pomarańczowym, z niebieskim.
15:45 Zrób dwie, z pomarańczowym i z niebieskim. I może jeszcze z szarym?
15:51 Tego szarego w ogóle nie widać. A pomarańczowego nigdzie nie używamy. Wracamy do czerwonego. W kontrze i boldem.
16:03 Ok, tylko trochę większy ten napis.
16:08 Jeszcze większy, może zmniejsz interlinię i zdjęcie produktu?
16:08 I zrób wersję z napisem drukowanymi literami.
16:09 I WIĘKSZE LOGO!
16:15 Za dużo się tu dzieje. Logo powinno mieć jakieś pole ochronne.
16:17 Aha, produktu w ogóle nie widać. To ma sprzedawać, musi być widoczne!!
16:21 I usuń te napisy „gratis”.
16:22 Tak, te, co miały być wyraźne, czerwone i krzyczące, dokładnie.
16:58 No, w sumie może być. To co, dasz radę to przygotować do druku? TO MUSI WYJŚĆ DZISIAJ!!!!

Pierwszy maja.

Kategoria: Jakoś żyję, Sama nie wiem; autor: evva
4.05.2010

Wszędzie mokro i zielono, przeczekuję atak grafomanii, dusi mnie od środka i świerzbi w opuszkach palców, cicho, idiotko, napij się lepiej wina.

Po kolejnym kieliszku ktoś niby żartem zadaje pytanie, a może, a ja całkiem serio rozważam, czy może jednak.

Przeżyłam już jakoś połowę swojego życia i nadal nie bardzo wiem, o co w nim chodzi.

It’s always darkest before DST

Kategoria: Jakoś żyję, Sama nie wiem; autor: evva
12.11.2009

Wyznaję, i to bez wstydu, że kompletnie nie pojmuję koncepcji Daylight Saving Time*. Że niby co się tu oszczędza? Czas? Światło? Prąd? Pieniądze? Pfff. Moim zdaniem pomysł kompletnie poroniony, pozytywów w tym żadnych, zanim człowiek się dobrze rozpędzi, to się robi ciemno. A że zimno i ponuro jest cały czas — wiadomo, listopad — to tzw. efekt końcowy jest, jaki jest. Znaczy się beznadziejny.

Może to jakiś chory eksperyment socjologiczny, prapierwowzór flashmoba, sprawdźmy, czy da się namówić większą część ludzkości, żeby określonego dnia przesuwała sobie wszystkie zegarki o godzinę? To się udało rewelacyjnie. Wnioski z eksperymentu są zapewne odkrywcze: Ludzie Są Dziwni.

*Tak, mam gugla i wiem, co na to wikipedia, timeanddate.com oraz Suworow (via KAnusia). I?

Oczywiście, że wszystko jest OK i tylko w głowie mi się przewraca od nadmiaru dobrobytu, a myśleliście, że co?

Kategoria: Sama nie wiem; autor: evva
18.08.2009

Zawodowo brnę przez nadmiary słów, niezbyt gorliwie unikając analogii do przerzucania łajna i innych niezbyt ładnych i miłych substancji ― bo co tu się oszukiwać zresztą, skoro w większości przypadków analogia ta nie dość, że występuje, to wręcz, nomen omen, wali prosto między oczy. Ktoś wytknął mi wprawdzie niedawno, że nieustająco narzekam na swoją pracę, a przecież innej bym nie chciała, i właściwie to nawet miał rację, bo przecież bym nie chciała. A gdybym nawet chciała, to znikoma szansa, że zapewnię sobie dzięki temu niezbędne środki na, więc jakby wracamy do punktu wyjścia.

Prywatnie uczę się milczeć do skutku, powtarzać do wyrzygania, reagować, ignorować, racjonalizować, interpretować na korzyść. I chciałabym kiedyś móc tu napisać, że już się wreszcie nauczyłam, ale jakoś tak przestaję wierzyć w Przełomy i Zmiany, więc pewnie będę się tak miotać dalej, tylko coraz bardziej żałośnie i (oby) coraz mniej otwarcie, bo w sumie co z publicznej manifestacji miotania się człowiekowi przychodzi i dlaczego doskonale wiemy, że nic. A już na pewno nic dobrego.

I jakbym nawet potrafiła o tym rozmawiać, to co powiem? Że wszystko jest w porządku i że sama chciałam?

Czas wiosennego Miotania Się.

Kategoria: Jakoś żyję, Sama nie wiem; autor: evva
5.05.2009

Daję się prowokować, nie potrafię ugryźć się w język, nie łapię aluzji, tych mniej subtelnych także, zapominam, nie nadążam, nawalam, udaję, że nie widzę, wybucham płaczem bez sensu i powodu (…?). Rozważam zmianę pracy, na inną, na lepszą, na jakąkolwiek, w której nie ma się tyle do czynienia z głupotą ludzką i która zapewniłaby jednocześnie fundusze na chleb, masło i tequilę oraz wykończenie domu (jak nietrudno się domyślić, do chwili obecnej rozwiązań spełniających oba te warunki nie znaleziono).

Zdrowy rozsądek podpowiada, że tu trzeba urlopu, słońca, wody, powietrza i braku zasięgu; zdrowy rozsądek zaś kontruje, że no way, bo trzeba budżet reperować, a nie inwestować W PRZYJEMNOŚCI.

Trochę mnie przytłacza rzeczywistość, czas sunie naprzód zdecydowanie za szybko, a ja tradycyjnie trochę go gonię z wywieszonym jęzorem, a trochę oglądam się za siebie, czy aby na pewno chcę gonić i właściwie to co i kogo.

Czyli ― jak zwykle.