» Jakoś żyję

Archiwum kategorii Jakoś żyję

So I’d rather be forty years young than twenty three years old.

Kategoria: Jakoś żyję; autor: evva
3.04.2014

Ponieważ zrobiłam właśnie (znów) coś, czego bardzo się staram unikać, znaczy bujam się smętnie i nieefektywnie nad paroma tysiącami słów bełkotu na jutro rano (swoją drogą, tyle już tych korpokodeksów i korpopolityk przemieliłam, że gdyby tym nakarmić jakieś sensowne narzędzie do MT, to by chyba dało radę tłumaczyć samo, muszę się temu przyjrzeć baczniej), to sobie poprokrastynuję jeszcze trochę i oddam się refleksji na temat upływu czasu.

Bo zapytano mnie ostatnio, czy mnie nie ruszyło, że skończyłam czterdzieści lat. No i jakoś mnie nie ruszyło. Mam raczej poczucie, że skoro szłam do tego momentu, to w końcu do niego doszłam, nie ma zdziwienia ani rozczarowania. Tych rzeczy, których już nie muszę, jest istotnie więcej niż tych, których już nie mogę — a komfort z tym związany jest, trzeba przyznać, nie do przecenienia.

Tylko zdjęcia bez makijażu w ostrym świetle już raczej niekoniecznie.

Albo może wystarczy spojrzeć w drogerii półkę wyżej.

TL;DR: autorka jest sfrustrowana tym, że świat nie jest doskonały, zasoby są ograniczone a ludzie bezmyślni.

Kategoria: Jakoś żyję, Praca, Sama nie wiem, Zwierzaki; autor: evva
19.02.2014

Rzadko tu piszę cokolwiek, a już o pracy nie wspominam prawie nigdy. Ale właśnie mi się zebrało aż tak, że musi się ulać.

Zapowiedziałam już na fejsbuku, że

jak będę duża, to napiszę monografię pt. „Dlaczego lokalizacja oprogramowania nie polega na wyciągnięciu z kodu wszystkich trzystu tysięcy stringów, wklejeniu ich do Excela, posortowaniu alfabetycznie, wycięciu duplikatów i wysłaniu do tłumacza bez podania nazwy i przeznaczenia lokalizowanego narzędzia”.

[Disclaimer dla nienerdów: stringi słusznie kojarzą się Wam z bielizną damską (dziękuję, preferuję szorty biodrówki), ale tu chodzi po prostu o składające się na interfejs programu ciągi znaków, zwane również łańcuchami, pozdrowienia dla pana Płoskiego].

Nie wiem, czy już jestem wystarczająco duża, ale nadal dobrze pamiętam pierwszy duży projekt lokalizacyjny, przy którym pracowałam, było to grube kilkanaście lat temu i polegało właśnie na tłumaczeniu stringów, tyle że z takim jeszcze zabawnym ograniczeniem, że tłumaczenie nie mogło być dłuższe od oryginału. Nazwę firmy i produktu pominę, ale jak ktoś trafił kiedyś na system, w którym okienka zamykało się przyciskiem „Wyj.”, to wie. I zapewne wył — jako i ja wyłam.

Wydawałoby się jednak, że wspomniane grube kilkanaście lat to sporo i wiele się w tym czasie w metodologii software developmentu zmieniło. W tłumaczeniach zmieniło się na pewno, mamy koty, google translate i tłumaczenia maszynowe, big data i dyskusje o tym, kiedy maszyna zastąpi człowieka i dlaczego (nie) musimy się tego bać. Ale metoda z obrabianiem listy stringów w Excelu trzyma się mocno.

Nie, oczywiście że nie wszędzie. Różne firmy z różnym powodzeniem powdrażały różne narzędzia, które (w zamierzeniu, a czasem i w praktyce też) mogą naprawdę ogromnie ułatwić lokalizację. Zdarza się nawet, że tłumacz może sobie tłumaczonego oprogramowania naprawdę poużywać. Zdarza się też, że robi się rzetelną kontrolę jakości tłumaczenia (o czym może przy innej okazji) i korektę finalnego produktu (że czasem polega to na malowaniu po zrzutach ekranu? No doprawdy, nie bądźmy drobiazgowi). Ale równie często zdarza się, że nie. Po prostu nie.

Dlaczego to jest złe? Trzy powody: kontekst, kontekst, kontekst. I czwarty: fleksja. I piąty, który został już po mistrzowsku omówiony tu:
your $variable will not work in Polish (no, it really won’t).

Ripley The Cat

Angielski jest prosty. Na lewo, do lewej, po lewej, lewy, lewa, lewe, lewej, lewemu, lewym, lewych, wyszedł, porzuciła i jeszcze do tego pozostało — wszystko da się poprawnie wyrazić jednym słowem: left. W drugą stronę to niestety nie działa i żeby przetłumaczyć to left dobrze, naprawdę muszę zobaczyć, gdzie się znajduje na ekranie i do czego służy. Tak samo jest z right (wyrównaj do prawej? przepis prawa? uprawnienie użytkownika? dobrze, masz rację?) i setkami innych słów, które się w interfejsie przeciętnego programu pojawiają wiele, wiele razy. Tak, może się tak zdarzyć, że na dziesięć wystąpień słowa access każde będzie trzeba przetłumaczyć inaczej. I to nie będzie błąd ani nawet rażące niezachowanie spójności terminologii. Że się nie da, bo przed wysłaniem tabelki do tłumacza wycięto z niej duplikaty? Ojej.

Polski nie jest prosty. Mamy na przykład śmieszne zasady dotyczące liczebników i rzeczowników. Każdy z nich może mieć mniej więcej $number wariant(-y/-ów), gdzie $number jest dowolną liczbą całkowitą. To ile osób skomentował(-a/-y/-o) Twój ostatni post?

Polski nie jest prosty. Mamy siedem przypadków, z których co najmniej sześciu używamy na co dzień (wołaczu, nie wymieraj!). Mamy dwie liczby, trzy rodzaje i ładnych kilka wariantów deklinacji. Plus wyjątki. Nie ma takiej siły, żeby dało się te wszystkie możliwe formy opędzić jednym $adjective $noun(s).

Polski nie jest prosty. Każdy czasownik rządzi swoim dopełnieniem bliższym i dalszym, a robi to w sposób autokratyczny i fanaberyjny. Próba ułatwiania sobie życia przez konstrukcje w rodzaju Send file to $device, gdzie $device = (disk,memory,email client,webpage,calendar,trash,whatever), to przepis na (wcale nie piękną) katastrofę.

Ale oczywiście, czasy są ciężkie, dedlajny napięte, żyć trzeba a Klient(-ka) nasz(-a) pan(-i). Nawet jak jest niewychowywalny, nawala u niego myślenie, czytanie ze zrozumieniem i komunikacja a jeszcze wczoraj myślał, że inflection to nazwa choroby skóry.

Reasumując, drogi czytelniku: jeśli następnym razem zobaczysz, że apka na Twoim smartfonie mówi do Ciebie słuchać! albo przeczytasz coś o latających daktylach i o tym, że w Morzu Północnym żyją ryby, delfiny i uszczelniacze, pomyśl sobie o tym nieszczęsnym tłumaczu, który kopał się z tabelką w Excelu jak z koniem. I być może nawet miał dość czasu i siły, żeby zapytać o to, w jakim kontekście występuje to listen albo seal, jaka to jest część mowy i w którym miejscu na ekranie się pojawia, ale w odpowiedzi na to pytanie — i szereg innych podobnych — dostał jedynie poradę please tlanslate litelally lub, jeszcze lepiej, OK. Albo, nader powszechna praktyka, w ogóle nic.

I jeszcze na deser plotka-anegdotka o tym, jak w pewnej korporacji wymyślono, żeby lokalizować produkty za pomocą narzędzia, które pozwoli tłumaczom na bieżąco podglądać kontekst produkowanego właśnie tłumaczenia. I projekt został uwalony z powodu „braku wartości biznesowej”.

Pewnie, że to nie ma wartości biznesowej. Łatwiej zlecić tłumaczenie tabelki z Excela, potem wygenerować z tego zlokalizowaną wersję interfejsu i dać do sprawdzenia wewnętrznie jakiemuś pseudonatiwowi biorącemu 8 złotych za godzinę, który stwierdzi oczywiście, że wyszły bzdury (gdyż, jak powszechnie wiadomo, jak dasz śmieci, nie dostaniesz mahoniu, diamentów ani długo dojrzewającego parmezanu). Zareklamować więc jakość w biurze tłumaczeń i zapłacić dwie trzecie wcześniej uzgodnionej kwoty, zlecić poprawę największych baboli wspomnianemu pseudonatiwowi i w końcu wypuścić produkt na rynek. I będzie dobrze i tanio i wszyscy będą zadowoleni, a te tłumacze to, proszę panią, niekompetentne barany są i w ogóle to przesąd, że się nie pisze 27 luty, posiadać duże znaczenie ani użyj tą funkcjonalność.

Time flies like an arrow

Kategoria: Budyń, Jakoś żyję, Zdjęcia, Zwierzaki; autor: evva
17.09.2013

„Mamo, a czy jak się będę wyprowadzać, to będę mogła zabrać ze sobą Ripleya i jeden regał?”

Z jednej strony: bomba, myśli perspektywicznie, zakłada, że stanie się niezależną jednostką, i nie zamierza nam siedzieć na głowie do trzydziestki. Z drugiej strony: ALE JAK TO, JUŻ??

A Ripley (była kobietą, wiem) wygląda tak:

Ripley

In wine we trust

Kategoria: Jakoś żyję, Sama nie wiem; autor: evva
12.04.2013

Dziś pojedziemy trochę amerykańskim poradnikiem i zrobimy proste ćwiczenie.

Bierzemy kartkę papieru i dzielimy ją na dwie części. Może być grubą kreską. W części lewej wpisujemy to, co uważamy za naprawdę ważne, czyli w moim przypadku rzeczy i sprawy takie jak rodzina, znajomi, szczęście, harmonia, życie w zgodzie ze sobą, wieczna młodość i uroda. Proste. W części prawej — to, na co poświęcamy najwięcej czasu. Ja wpisuję więc na przykład tłumaczenie korpobełkotu na akord, ogarnianie chaosu, kopanie się z rzeczywistością, siedzenie na fejsie i pielęgnowanie weltszmerca spowodowanego tym, że chciałabym jednocześnie mieć ciastko, zjeść ciastko i jeszcze dostać czekoladę. I najlepiej flaszkę przyzwoitego caberneta do popicia.

Teraz patrzymy na kartkę i wyciągamy wnioski. Gdyby to był prawdziwy amerykański poradnik, w tym miejscu następowałaby przystępna instrukcja, jak w siedmiu prostych krokach sprawić, aby prawa strona kartki zaczęła przypominać lewą. Niestety jednak nie jest, więc możemy jedynie potłuc głową o blat biurka. I ewentualnie natrąbić się cabernetem, gdyż na szczęście dzięki cabernetowi większość dysonansów staje się przynajmniej chwilowo łatwiejsza do zniesienia.

London calling.

Kategoria: Jakoś żyję, Skądinąd, Zdjęcia; autor: evva
26.10.2012

Taste the possibilities.

Wiele miejsc pozostawia we mnie niedosyt, ale to jedno zawsze i najbardziej, jeszcze tam jestem, już za nim tęsknię.
Mogłabym tam żyć. Chciałabym.
I próbuję wytłumaczyć bliźnim, że to wcale nie znaczy, że moje życie teraz tu jest nieciekawe i złe, po prostu chciałabym mieć drugie, równoległe, tam. Raz na jakiś czas. Kiedyś.
I nie przekonujcie mnie, że się da. Wiem, że się da. #coelhowannabe: może najfajniejsze marzenia to te, które się wcale nie muszą spełnić.

A poniżej trochę obrazków z dźwiękiem (jak ktoś już widział na FB, to już widział). Wybaczcie reklamy tripadvisora; to najsensowniejszy darmowy generator teledysków, jaki udało mi się znaleźć (fakt, że nie szukałam szczególnie długo). Można sobie od razu przewinąć do 0:26.

Jak osiągnąć wymarzoną wagę w trzy i pół miesiąca (tylko że może niekoniecznie)

Kategoria: Jakoś żyję; autor: evva
6.06.2012

1. Przez trzy miesiące pilnować diety i trzy razy w tygodniu chodzić na fitness lub siłownię. Stracić 10 kg.

2. Na dwa tygodnie trafić w ręce polskiej służby zdrowia, ze szczególnym uwzględnieniem diagnostyki i chirurgii. Stracić 6 kg.

To cut a long story short: jestem już po operacji, w domu, wszystko jest i powinno być ok. Jest nawet szansa, że jeszcze tego lata będę się mogła za to napić :)

Oraz nie lekceważcie bólów brzucha, okazuje się, że da się przez kilka tygodni NIE ZAUWAŻYĆ zapalenia wyrostka (tak, badało mnie w tym czasie z pięciu lekarzy).

Więc

Kategoria: Jakoś żyję, Sama nie wiem, Skądinąd, Zdjęcia; autor: evva
14.03.2012

Od jakiegoś czasu nie ma chyba dnia, żebym nie myślała o życiu TAM. I oczywiście wiem, że rodzina, bliźni, dom, kredyt, korzenie, że nie nadaję się do emigracji, że na dwa lata przed czterdziestką nie zaczyna się życia od nowa, że tam jest tylko pozornie łatwiej i że kariera w Dolinie niekoniecznie jest najlepszym pomysłem, jeśli głównym zawodowym marzeniem jest święty spokój i proper work-life balance.

I że to tylko ciemność, pieprzona półroczna zima i za dużo wszystkiego niedobrego. I że wiosna już, już.

California dreaming

Ale nie ma dnia, żebym nie myślała.

Idzie, idzie!

Kategoria: Jakoś żyję, Zdjęcia; autor: evva
20.02.2011

(Tak, wiem, jest obecnie minus dziewięć i pada śnieg. Jednakowoż.)

Jest nadzieja.

All the leaves are brown and the sky is grey

Kategoria: Jakoś żyję, Skądinąd; autor: evva
1.02.2011

Coś w mojej twarzy lub obejściu głośno woła, że jestem skądinąd, więc amerykańskie stewardessy mówią do mnie po niemiecku, a niemieckie szkolnym angielskim, wot wud ju lajk tu drink, miz, noch ein Glas Rotwein, bitte. Dziesięć godzin na dziesięciu tysiącach metrów, za małym podwójnym okienkiem ciągle zachód słońca, tracimy orientację, która jest godzina i gdzie, w sumie może to lepiej.

Ostatni wychodzimy z hali przylotów, nasze walizki samotnie kręcą się na bagażowej karuzelce, J. czeka ubrany tylko w t-shirt, więc upycham w podręcznej torbie szydełkowy wełniany szal i sztruksowy płaszczyk. Wszystko jest jasne, czyste i wielkie, samochody, okna, domy, butelki z colą i jednoosobowa porcja pizzy. Mój ćwiczony na Wyspie język obcy tu wywołuje na twarzach życzliwe WTF, do końca pobytu usiłuję — z marnym skutkiem — sformułować uśmiechnięte kejliforrrnia i nie wydobywać samogłosek spod tylnego podniebienia, nic z tego, jestem z skądinąd, przecież.

Oszałamia nas słońce, temperatura, morze, wiatr i dym z marihuany, jest naprawdę jak w filmach i to nie jest scenografia. Rozluźniamy zaciśnięte szczęki i pośladki, drugiego dnia umiem już nawet rozmawiać z konduktorem kolejki i wiem od razu, że jeśli ktoś się przygląda mojej torebce, to tylko po to, żeby zapytać, skąd ją mam, slon tor-bal-sky, thanks a lot, I will google it. Pełna demokracja w architekturze i estetyce, victoriana, mexicana, kamień, metal, szkło, francuskie chalety, pastelowe kamieniczki i nowiutkie gotyckie kościoły z szarego betonu, Dziki Zachód, secesja, neony i graffiti, nie wiem, czy bardziej mnie to fascynuje, zachwyca czy przeraża, neoeklektyzm i postpostmodernizm w jednym.

Odkrywamy, jak powinny smakować sushi, czerwone pomarańcze, truskawki i awokado; moja kolekcja designerskich kiecek zwiększa się o nieskończoność, więc przy czterocalowych szpilkach od Korsa staram się za wszelką cenę zachować zdrowy rozsądek; będę tego żałować przez resztę życia, albo przynajmniej do następnego razu.

Kwitną kamelie, magnolie i japońskie wiśnie, nasturcje i bluszcze mają liście wielkości dwóch złożonych dłoni. Myślę o naszym ogrodzie w Ch. i o brzózkach, które nam zmarzły zeszłej zimy; przecież wiem, że tak naprawdę mocno się zakorzeniam i jestem stamtąd, a nie stąd, ale kiedy E. drukuje mi ofertę pracy z sąsiedniego działu, uważnie czytam wymagania i obowiązki i przez abstrakcyjnie przyjemną chwilę zupełnie serio rozważam, co by, gdyby. Następnego dnia tak zupełnie nie à propos zwiedzamy Stanford i kampus firmy z jabłkiem, potem jak prawdziwy geek z Europy fotografuję się z gigantycznym plastikowym droidem i cały czas nie do końca wierzę, że to wszystko jest teraz i na serio.

I dobrze wiem, że bliźni tkwiący w samym środku polskiej zimy nie polubią mnie od tego bardziej, ale nie mogę się powstrzymać i wrzucam na blipa i fejsbuka zdjęcia nieba, miasta, świateł, wina i truskawek. I w końcu robię pierwsze od lat postanowienie noworoczne, od teraz każdej zimy chcę spędzać miesiąc w Kalifornii, i mam świadomość, jakie to jest fanaberyjne, burżujskie i wdupiejejsiępoprzewracało, ale I mean it.

J. i E. — dziękujemy. Bez Was nie byłoby TAK.

Dzień jak co dzień. A.k.a. #zinboksa

Kategoria: Jakoś żyję, Praca, Sama nie wiem; autor: evva
12.01.2011

Jeżeli chodzi o wszelkie podobieństwa do rzeczywistych osób i firm: jeśli się takowe skojarzenia komuś nasuwają, to prawdopodobnie słusznie.

9:45 Projekt jest super, jeszcze go tylko dla formalności wyślemy do zatwierdzenia do prezesa. TO MUSI WYJŚĆ DZIŚ DO DRUKU, bo czas realizacji to 14 dni roboczych, a promocja ma ruszyć jeszcze w tym miesiącu!
15:37 Po konsultacjach z działem sprzedaży wprowadzamy zmiany do projektu, chodzi o to, żeby dać duży, wyraźny, krzyczący napis GRATIS i ODBIERZ PREZENT (czerwień). Żeby był jasny przekaz.
15:43 Napis większy, pogrubiony. I może zrób jeszcze wersję w kontrze i z pomarańczowym.
15:44 Nie z pomarańczowym, z niebieskim.
15:45 Zrób dwie, z pomarańczowym i z niebieskim. I może jeszcze z szarym?
15:51 Tego szarego w ogóle nie widać. A pomarańczowego nigdzie nie używamy. Wracamy do czerwonego. W kontrze i boldem.
16:03 Ok, tylko trochę większy ten napis.
16:08 Jeszcze większy, może zmniejsz interlinię i zdjęcie produktu?
16:08 I zrób wersję z napisem drukowanymi literami.
16:09 I WIĘKSZE LOGO!
16:15 Za dużo się tu dzieje. Logo powinno mieć jakieś pole ochronne.
16:17 Aha, produktu w ogóle nie widać. To ma sprzedawać, musi być widoczne!!
16:21 I usuń te napisy „gratis”.
16:22 Tak, te, co miały być wyraźne, czerwone i krzyczące, dokładnie.
16:58 No, w sumie może być. To co, dasz radę to przygotować do druku? TO MUSI WYJŚĆ DZISIAJ!!!!