Mam za sobą chyba drugi najlepszy weekend w roku (pierwszy był niewątpliwie ten urodzinowy, kto brał udział, ten wie, zaznaczę tylko, że Jacob’s Creek nadal czeka na konsumpcję w odpowiednim towarzystwie, tak?).
Otóż w sobotę byłam na zakupach. Pierwsza dobra wiadomość: rurki w odwrocie, wracają Spodnie Dla Normalnych KobietTM. Przeczekałyśmy buty z czubami, przeczekałyśmy spodnie rurki, już chyba niczym nas moda nie zaskoczy (no dobra, ciążowe tuniczki z dziwnych materiałów w dziwnych kolorach i wzorach straszą w sklepach nadal, ale nie można przecież mieć wszystkiego). Druga dobra wiadomość: kupiłam sobie dżinsy, które mają wszystko we właściwym miejscu i nic poza tym. W szczególności nie mają zaś dziur, wystrzępień, plam, cekinów i klejnotów, fantazyjnie naszytych kieszeni, fabrycznych zagnieceń, paska nabijanego ćwiekami, nie kończą się poniżej kości biodrowych i nie mają zwężanych nogawek. O, proszę. Trzecia dobra wiadomość: czerwone buty publikowane swego czasu na blipie też nabyłam, a jakże.
Wieczorem (prze)graliśmy w brydża przy makaronie z serem i winie truskawkowym. Każdemu jego fusion.
A w niedzielę, zupełnie jakbyśmy byli normalną rodziną i mieli wolny weekend, pojechaliśmy z Kluską i Adasiem w góry i do kopalni. I przez cały dzień pracowałam tylko 20 minut i tylko dwa razy powiedziałam „kurwa”.
Czyli ewidentnie idzie ku lepszemu. Z 2008 minął tylko miesiąc z kawałkiem, a ja już mam za sobą dwa dobre weekendy. Oby mi się w głowie z nadmiaru szczęścia nie przewróciło.
PS Zagadka tytułu: dawno mi się nic tak nie podobało.