Tak, wiem, musimy popracować nad ortografią ;)
Kategoria: Budyń, Zdjęcia, autor: evva
…bo ci, co mają, to już widzieli. #pokakota.
Więcej kontentu kiedyś później (myślę sobie, że ta zima kiedyś musi minąć).

Bujam się w chemicznie indukowanej łagodności, tam, gdzie kiedyś krew, pot i łzy, teraz tylko półuśmiech, gładkie wzruszenie ramionami.
Rokowania niejasne, jak w życiu.
Śnieg zsuwa się z dachu z wielkim łomotem, chciałabym wierzyć, że to już, że koniec ciemności i zimna. I chciałabym wierzyć, że to, co na zewnątrz, nie musi warunkować tego, co w środku.
Chciałabym też, jak inne, móc napisać, że na nogi stawia mnie „mamo” i kolorowane kredkami zwierzątka, ale to, w najlepszym wypadku, jedynie nie daje mi utonąć.
Zjadają mnie konteksty.
To przecież zobowiązuje.
Więc kot w stanie naturalnym: wkurzony, że został obudzony, oraz przymierzający się do zaśnięcia.

W następnym życiu chcę być kotem. Spędzałabym dni, przewracając się z boku na bok na kaloryferze.
(Zimo, ty wiesz co).
W sumie to ten listopad nie jest taki całkiem zły.
Jak na listopad, rzecz jasna.
Gdyby jeszcze słońce nie zaczynało zachodzić o piętnastej…
Zdjęcia komórką.

Wyznaję, i to bez wstydu, że kompletnie nie pojmuję koncepcji Daylight Saving Time*. Że niby co się tu oszczędza? Czas? Światło? Prąd? Pieniądze? Pfff. Moim zdaniem pomysł kompletnie poroniony, pozytywów w tym żadnych, zanim człowiek się dobrze rozpędzi, to się robi ciemno. A że zimno i ponuro jest cały czas — wiadomo, listopad — to tzw. efekt końcowy jest, jaki jest. Znaczy się beznadziejny.
Może to jakiś chory eksperyment socjologiczny, prapierwowzór flashmoba, sprawdźmy, czy da się namówić większą część ludzkości, żeby określonego dnia przesuwała sobie wszystkie zegarki o godzinę? To się udało rewelacyjnie. Wnioski z eksperymentu są zapewne odkrywcze: Ludzie Są Dziwni.
*Tak, mam gugla i wiem, co na to wikipedia, timeanddate.com oraz Suworow (via KAnusia). I?
Temat:
Rodzina
Komentarz odautorski:
Taty nie ma, bo poszedł do pracy.
A ty, mamo, tak się szeroko uśmiechasz, że ci w ogóle nosa nie widać.

Jak co tydzień daję ostatnią szansę, z każdym kolejnym razem mniej chce mi się rozmawiać, i nawet nie ma sensu pytać, czy warto, skoro przecież trzeba i tyle.
Buduję barykadę z kołdry, czy jak nakryję się z głową i będę leżeć bez ruchu, to rzeczywistość odbędzie się bez mojego udziału? Inwentaryzuję małe białe tabletki, wystarczy na jakieś cztery tygodnie, akurat tyle, żeby ― przy odrobinie szczęścia ― zaczęły działać i żeby można było się zastanowić, co dalej.
Tym, którzy pomyśleli teraz o chodzeniu na łatwiznę, serdecznie nie życzę, by kiedykolwiek.